|
 |
Nota wydawcy:
"Lot nad kukułczym gniazdem" to jedna z najgłośniejszych i najszerzej w świecie znanych powieści amerykańskich drugiej połowy XX wieku. Ukazuje brutalne dławienie indywidualności na przykładzie zamkniętego, zakładu psychiatrycznego, w którym pacjentów odziera się z resztek godności osobistej. Powieść stanowi wnikliwą analizę psychologiczną szaleństwa jednostki i zbiorowości.
|
|
 |
Nie lubię filmów kręconych na podstawie książek, jednak z ciekawości chyba skusze się na obejrzenie „Lotu nad kukułczym gniazdem” – główny bohater w mojej wyobraźni miał rysy dokładnie Jacka Nicholsona :). Sama książka dzieli się jakby na dwie części: pierwsza opowiada bardziej o ekscesach McMurphy’ego, który pobyt w szpitalu psychiatrycznym traktuje jako doskonałą zabawę; druga jest już zdecydowanie poważniejsza, ponieważ bohater uświadamia sobie, w jakże trudnej sytuacji się znalazł. Staje przed niełatwym wyborem: duma i zniewolenie czy ukorzenie się dla wolności?
|
Karol (32/1/33) | 2006-07-25 22:08:17 |
 |
Szpital psychiatryczny, a w nim grupka przegranych ludzi. Najdłużej przebywa tu Wódz Szczota, zwany tak pogardliwie, gdyż jest Indianinem, a personel wykorzystuje go do prac porządkowych. To właśnie jego oczyma będziemy śledzić wydarzenia opisane w powieści, ponieważ jest jej narratorem. Rzeczywiste zdarzenia mieszają się z omamami – wytworami chorego umysłu. Ojciec Szczoty naprawdę był wodzem, a on sam był kiedyś wielki i silny… ale teraz osłabł i zmalał. Szczota wie, choć inni tego nie dostrzegają, że światem rządzi wszechpotężny Kombinat, którego macki sięgają wszędzie. Nawet tu, do szpitala. Dlatego Szczota się poddał, przecież nikt nie ma szans w starciu z Kombinatem. Inni pacjenci też się poddali. Niepodzielną władzę w szpitalu sprawuje siostra oddziałowa, okrutna i surowa. Poniża pacjentów a oni się na to godzą, jest przecież reprezentantką Kombinatu. Aż pewnego dnia na odział trafia nowy pacjent. McMurphy udaje wariata, żeby się wykpić od odsiadki w więzieniu. Nic nie wie o Kombinacie i za nic ma panujące w szpitalu prawa. Rzuca wyzwanie siostrze Ratched i wszystkiemu, co ona reprezentuje… nie wie jednak jak wielką cenę może za to zapłacić. Wkrótce się dowie. Czy wtedy podda się jak pozostali? Czy ma jakieś szanse w walce z wszechpotężnym Kombinatem? I jaką rolę odegra tu Wódz Szczota?
Książka o próbie zachowania człowieczeństwa, o godności, i o tym, że przegrać można tylko poddając się. Zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Jej wielowarstwowość sprawia, że poszczególni czytelnicy mogą ją odbierać zupełnie inaczej.
I kilka ciekawostek. Ken Kesey był dość niezwykłą postacią. „Lot nad kukułczym gniazdem” był jego debiutem. Ponoć niektóre fragmenty książki Kesey pisał będąc pod działaniem LSD, po to, aby realistycznie opisać omamy Wodza Szczoty. Poddał się także elektrowstrząsom, żeby móc wiernie opisać to przeżycie. Sam pomysł powstał, kiedy autor pracował w szpitalu psychiatrycznym jako sanitariusz, a większość drugoplanowych postaci oparta jest na rzeczywistych osobach. Na podstawie książki powstał kultowy film pod tym samym tytułem z Jackiem Nicholsonem w roli McMurphy’ego.
|
|
 |
Książka, która przez wiele lat podbiła serca milionów czytelników nadal jest aktualna w swym przesłaniu. Szpital psychiatryczny zawsze był ciekawym tłem opisu zdarzeń w powieściach. Kesey ukazuje w jego realiach niezwykłą i poruszającą walkę w obronie własnej wolności, poczucia indywidualizmu i pragnienie ucieczki przed wyznaczoną przez świat granicą normalności i szaleństwa.
|
|
 |
Muszę przyznać, że ciężko było mi zabrać się za tę książkę. Dowiedziałam się jednak, iż jest to klasyka współczesności, a akcja dzieje się w szpitalu psychiatrycznym. To zachęciło mnie wystarczająco.
Narratorem jest Wódz Szczota, Indianin niedostrzegany przez społeczeństwo do tego stopnia, że przestaje mówić, wiedząc, iż nikt go nie słucha. Myśląc, że jest głuchoniemy władze szpitala wyjawiają przy nim najskrytsze sekrety. Sprząta niemal cały czas (stąd jego przezwisko), nawet na zebraniach lekarzy i pracowników. Żyje w szpitalu najdłużej ze wszystkich pacjentów.
Nagle do szpitala przybywa nowy człowiek. Zesłany tam za liczne rozboje i niedostosowanie do środowiska wybiera jako przymusowy pobyt szpital psychiatryczny, bo jak twierdzi, tutaj ma przynajmniej kogo ogrywać w oko i pokera. McMurphy (tak właśnie się nazywa nowy pacjent) jest zupełnie inny od reszty. Nie rozumie, że władzę tutaj sprawuje Wielka Oddziałowa, która wprowadza niemal reżim na terenie szpitala.
Znajomość jakiej chyba nigdy nie doświadczył Wódz nagle zostaje nawiązana z McMurphym. Ten ostatni uczy go jak ma się na powrót stać olbrzymem (ze względu na okoliczności ten wielkolud skurczył się jakby w sobie).
Dzięki tej książce można zrozumieć, że nie wszystko jest takie jak się nam na początku wydaje. Wrogów możemy mylić z przyjaciółmi i na odwrót. Walka jaką zaczyna toczyć McMurphy okazuje się "warta świeczki". Jednak nie wszystko układa się po jego myśli, dlatego zaczyna planować ucieczkę...
Lektura ukazuje ponadto w zaskakujący sposób do czego doprowadza ludzi samotność i ciągłe szydzenie z ich osoby. Pacjenci udają odważnych, lecz wtedy gdy rzeczywiście powinni się wykazać, skrywają się za sympatycznym rudzielcem (McMurphym).
Całość kończy się dość niespodziewanie. Nie chcę psuć zakończenia własnymi komentarzami, dlatego pozostawiam je waszej ocenie. Osobiście nie żałuję, że przeczytałam tę książkę. Wypisałam z niej wiele niezwykłych cytatów, które mam nadzieję pomogą mi kiedyś w życiu.
Jednym słowem: polecam.
|
|
 |
Rozgrywająca się w szpitalu dla psychicznie chorych opowieść o potrzebie wolności, akceptacji, o świadomości własnego ograniczenia. Doskonale sportretowane przez autora postacie pomogły reżyserowi filmu na podstawie "Lotu..." stworzyć doborowe kreacje.
|
|
 |
Gdyby można było porównać książkę do potraw, prozę amerykańską okrzyknęłabym mianem hot-doga. Popularny, łatwy w zdobyciu, ale nie wnosi nic pozytywnego do naszego organizmu. Użyłam tu trybu przypuszczającego, gdyż właśnie po przeczytaniu "Lotu nad kukułczym gniazdem" rozważam zmianę zdania.
Książkę Keseya przeczytałam przed dwoma tygodniami, rozmyślam o niej jednak do dnia dzisiejszego. Powodem niekoniecznie jest wyrafinowany styl pióra czy oryginalny pomysł (choć muszę przyznać, że nie spotkałam się z takim opisem domu psychiatrycznego), lecz prosty i szczery opis prawdziwej woli walki, przyjaźni i dążenia do prawdy.
Narrator powieści - wieloletni mieszkaniec domu psychiatrycznego - Indianin Bromden, udając, a raczej przyjmując narzuconą przez pozostałych bywalców postawę osoby głucho-niemej, odkrywa najgłębsze tajemnice tego okrutnego miejsca. Po części nie wiadomo czy można wierzyć wszystkim opowiadaniom, gdyż trzeba wziąć pod wzgląd stan psychiczny bohatera i to w książce urzekło mnie chyba najbardziej. Nigdy nie wiadomo, od którego momentu mijamy się z rzeczywistością...
Akcja powieści rozpoczyna się w momencie, gdy na oddziale siostry Rached pojawia się nowy pacjent - McMurphy. Od tej chwili rozpoczyna się regularna bitwa sprytnego choleryka i hazardzisty z surową i sadystyczną "królową" oddziału. Bitwa odwagi i honoru z regulaminem i siłami wyższymi.
Tę książkę naprawdę warto przeczytać!! To nie jest hot-dog, to jest l'escalope de veau a la creme. To trzeba spróbować!
|