 |
Ola Billewiczówna wychodzi za mąż za Andrzeja Kmicica. Małżeństwo to zaaranżowała matka panny młodej – bibliotekarka, miłośniczka Sienkiewicza, z domu Kulwiec. Wkrótce do kin wchodzi „Potop”. Na ekranie miłość kwitnie, ale rzeczywistość nie jest tak różowa. Okazuje się, że dziadek Andrzeja miał na nazwisko Kmiciś. Ola zakochuje się w Danielu Olbrychskim, Jędrek wzdycha do Catherine Deneuve. Rozwód.
„Telefrenia” to rodzaj pamiętnika-spowiedzi Andrzeja Kmicisia (w ramach protestu zmienił nazwisko). Jest podstarzałym rozwodnikiem, pracuje w sklepie z gazetami i mieszka na kilkudziesięciu metrach z dorosłym już synem, który ma non-stop włączone trzy telewizory i komputer. Ale czy to naprawdę Karol (ów syn) jest uzależniony od telewizji? Bohater próbuje zmierzyć się z tym pytaniem.
Powieść Redlińskiego jest też doskonałą satyrą na zamerykanizowaną rzeczywistość. Humor jest bardzo subtelny, czasem ledwo dostrzegalny. Nie służy tylko wywołaniu skurczu twarzy, zwanego uśmiechem. Kryje się pod nim coś więcej, jakaś brutalna i bolesna prawda. Wycinki z kolorowych magazynów, których autor nie skąpi, są wręcz absurdalne i wzbudzają uśmiechy politowania. Włos zaczyna się jeżyć, kiedy uświadomimy sobie, jak wiele razy sięgaliśmy po takie pleploty, jak często śledziliśmy z wypiekami na twarzy losy serialowych bohaterów. Pikanterii dodaje fakt, że wszystkie wycinki z gazet, jakie przytacza Redliński są autentyczne! Nie trzeba fantazjować, gdy sama rzeczywistość jest absurdalna.
Nie wszystko jednak jest w „Telefrenii” idealne. Razi głównie styl. Współczesne powieści mają to do siebie, że ich autorzy często bawią się w Norwida, eksperymentują z grafiką. Nie zawsze wyróżniają dialogi, a jeśli już to na pewno nie myślnikami czy cudzysłowem, ale przeniesieniem tekstu do kolejnej linii. Styl jest chaotyczny i synkretyczny, łączy w sobie dialog w konwencji dramatu, spokojną narrację, wiersz... Do tego całość napisana jest językiem mówionym. Jakby wstyd było używać literackiego!
Wszystkie te mankamenty stylowe zawadzają, zgrzytają, uwierają. Zazwyczaj potrafią do tego stopnia zdominować treść, by lektura stała się katorgą. Ale nie u Redlińskiego. On potrafi zainteresować genialnie skrojoną fabułą. Przenikając do świata jego bohaterów, zapomina się o wszystkim innym. Wyobraźnia autora, jego umiejętność obserwowania świata, wyszukiwania absurdów, ale i stron pozytywnych – wszystko to rzuca czytelnika na kolana. W świecie, gdzie królują media, gdzie telewizja urasta do rangi bożka czy bóstwa domowego, taka lektura pozwala na wzięcie głębszego oddechu, zwolnienie tempa i chwilę refleksji. Nie nabożnej i patetycznej. Takiej zwykłej, ludzkiej refleksji...
|