 |
Nie da się ukryć – Krajewski wciąga! Wciąga w najczarniejszy i najgłębszy z możliwych dołów ludzkiej egzystencji. Dół pijaństwa, narkomanii, prostytucji, przemocy, sekt. Czytając jego kryminały, czuje się wszechobecny dym papierosów, ból głowy i obrzydzenie. Ale właśnie – czy kryminał to dobre słowo? Zacznijmy od początku.
Jest rok 1960. Eberhard Mock powoli umiera na raka płuc. Odwiedzającemu go przyjacielowi, Herbertowi Anwaldtowi, opowiada historię sprzed trzydziestu trzech lat. Historię, która przez cały ten czas ciążyła na jego sumieniu, nie pozwalając spokojnie opuścić tego świata. Ma do przyjaciela ostatnią prośbę...
Rok 1927 był dla Wrocławia i radcy kryminalnego Mocka jednym z trudniejszych w historii. W przeciągu czterech miesięcy znaleziono ciała kilku zamordowanych osób. Przy każdym z nich leżała wydarta kartka z kalendarza. Jak się później okazało – data śmierci ofiary. Wrocławska policja ma za zadanie złapać mordercę. Radca Mock nie zasługuje jednak na miano Sherlocka Holmesa. Zamiast zajmować się trupami, odkomenderowuje swoich podwładnych do śledzenia żony i bratanka. W międzyczasie wpada na trop sekty, głoszącej narodziny nowego zbawiciela i bliski koniec świata. Ale właśnie – w międzyczasie.
Samo śledztwo jest w powieści Krajewskiego niejako na drugim planie. To, co zwraca uwagę czytelnika, to przede wszystkim małżeńskie problemy głównego bohatera i jego zmagania z własnymi nałogami. Dodajmy od razu – przeważnie nieskuteczne. Mock nie budzi sympatii, a jedynie obrzydzenie, ewentualnie litość. Ciężko jest zaakceptować takiego bohatera. Zazwyczaj książkowi detektywi to dowcipni i błyskotliwi intelektualiści bez skazy. W cyklu kryminałów z Wrocławiem-Breslau w roli głównej, ten schemat ulega zmianie.
Marek Krajewski odważył się targnąć na podstawowe prawidła gatunku. Ich morderstwa dokonał z zimną krwią, bez odwracania się za siebie. I chwała mu za to! Dzięki jego odwadze powstał cykl niebanalnych kryminałów, które są do bólu realistyczne. Nie ma nich czarno-białych postaci, nie ma detektywa, którego jedynym zajęciem jest palenie fajki i odgadywanie tożsamości mordercy na podstawie nadłamanej w lesie gałązki. Jest morderstwo, psychopata, nie pozbawiony wad i problemów radca kryminalny. A to wszystko na ulicach i w klimacie międzywojennego Breslau...
|
 |
Bardzo dobry kryminał osadzony w realiach przedwojennego Wrocławia. Najbardziej podobało mi się w tej książce, że autor tak rzetelnie podszedł do opisów realiów, w jakich żyli bohaterowie. Breslau staje się przez to bardzo bliskie czytelnikowi, a już szczególną gratką ta książka jest dla miłośników Wrocławia (do których zresztą należę, czytało mi się więc z przyjemnością). Drugim atutem tej powieści jest fakt, że główny bohater nie jest kryształowy, lecz jest zwyczajnym człowiekiem ze słabościami. Eberhard Mock posiada rodzinę, w której nie wszystko układa się dobrze, a po pierwszych rozdziałach nie sprawia specjalnie sympatycznego wrażenia. Tak więc jest to historia, która naprawdę mogła się zdarzyć; jest mocno osadzona w rzeczywistości, a bohaterowie są podobni do nas.
|
|   |
Dobry, mroczny kryminał z elementami thrillera i powieści psychologicznej, umiejscowiony w przedwojennym niemieckim Wrocławiu i doskonale osadzony w realiach. Radca kryminalny Eberhard Mock rusza tym razem tropem seryjnego mordercy, którego znakiem rozpoznawczym są kartki z kalendarza pozostawione przy zwłokach okrutnie zamordowanych ofiar. Jednocześnie zmaga się z własnymi słabościami i poszukuje zaginionej żony. Kolejna świetna powieść laureata Paszportu Polityki o radcy Mocku.
|
 |
Krótki opis już jest więc nie będę się zagłębiał.
Jeśli chodzi o resztę... Hm... Można powiedzieć że książka jest "poprawna". Jako rodzimy "warsiawiak" z dziada pradziada zachwycony odniesieniami do starego Breslau nie jestem (w końcu nie moje podwórko) - na pewno odwrotnie, niż rodowici Wrocławianie. Książkę czyta się znośnie, choć momentami czułem się przytłoczony mnogością postaci i wartkością akcji. Ułomkiem intelektualnym nie jestem, nawet wiadomości czasem rozumiem, ale tu momentami akcja umykała mi i musiałem kilkakrotnie czytać jakiś akapit, zerkając często gęsto na poprzednie kartki w celu przypomnienia sobie nazwisk. Pominąwszy to - książka wciąga. Mroczny klimat, historyczne zaułki, "gabinet figur wioskowych" z poprzedniej epoki, wszystko to tworzy całkiem zgrabny kryminalik. Polecam, choć bez szczególnych zachwytów.
|